Wkurzam się, ale jak mam się nie wkurzać, skoro Sandra znowu jechała samochodem z dziadkami bez pasów. Oni twierdzą, że ja przesadzam zapinając trzylatkę w foteliku, bo na rękach u babci z tyłu jest wystarczająco bezpiecznie, a ja uważam, że im brakuje wyobraźni, bo nie używają pasów w ogóle, ale za to martwią się, kto pierwszy zachoruje na raka. Poprosiłam Franka, żeby z nimi porozmawiał (znowu), bo już nie mam siły i jeśli ja (znowu) zacznę temat, to zrobi się z tego rodzinna afera.
"Sto lat z okazji Dnia Niepodległości!" - tak mi powiedziała koleżanka, jak obwieściłam wszem i wobec, że dziś w Polsce obchodzimy Dzień Niepodległości. Zaskoczyło mnie to i zastanowiło, bo my Polacy nie składamy sobie życzeń z takich okazji, nikt nikomu nie powie: Happy Independence Day, tylko wygłasza rzewne przemowy i organizuje marsze. Może Amerykanie przesadzają, ale czy nie byłoby milej gdyby była jedna wspólna parada, festiwal radości i fajerwerki? Pewnie byłoby, ale to nie polskie, polskie są krew i łzy.
poniedziałek, 11 listopada 2013
piątek, 8 listopada 2013
11/08/2013
Wczoraj Franek zapomniał, że mamy gości. Przez chwilę chciałam go zabić, ale on wcale nie zapomniał MI powiedzieć, tylko zapomniał w ogóle, więc został ułaskawiony. A mnie uratowała zupa dyniowa i prawie gotowy sos do spaghetti, wyszło pysznie.
Mama Franka za to się martwi, zawsze i wszystkim, jak nie dzieje się nic szczególnego, to tym też się martwi. A najbardziej boi się raka (chociaż na jej miejscu, bałabym się nadciśnienia albo udaru mózgu) i wokół siebie wynajduje coraz to nowe przypadki choroby nowotworowej, domyślam się że to i tak sprowadza się do lęku przed śmiercią. Doprowadza mnie to do szału, ale nie tylko to, bo każdy problem, każda duperela jest wyolbrzymiona do rozmiarów Kilimandżaro i zamiast cieszyć się tym co ma, siedzi i się martwi. Mam nadzieję, że mama Franka nigdy nie zachoruje na nic naprawdę poważnego, bo wtedy będziemy mieć wszyscy przesrane.
To tak w ramach przemyśleń piątkowych i że life is beautiful.
Mama Franka za to się martwi, zawsze i wszystkim, jak nie dzieje się nic szczególnego, to tym też się martwi. A najbardziej boi się raka (chociaż na jej miejscu, bałabym się nadciśnienia albo udaru mózgu) i wokół siebie wynajduje coraz to nowe przypadki choroby nowotworowej, domyślam się że to i tak sprowadza się do lęku przed śmiercią. Doprowadza mnie to do szału, ale nie tylko to, bo każdy problem, każda duperela jest wyolbrzymiona do rozmiarów Kilimandżaro i zamiast cieszyć się tym co ma, siedzi i się martwi. Mam nadzieję, że mama Franka nigdy nie zachoruje na nic naprawdę poważnego, bo wtedy będziemy mieć wszyscy przesrane.
To tak w ramach przemyśleń piątkowych i że life is beautiful.
środa, 6 listopada 2013
11/06/2013
Wiecie, że dynię można dodawać do wszystkiego, nawet do dżemów w ramach wypełniacza? W sumie dynia lepsza niż tworzywo sztuczne, więc czemu nie.
Zupa wyszła bardzo dobra, dziękuję Apple za podpowiedź.
A u mnie wciąż 20 stopni, ha ha ha!
Szlifuję tryb warunkowy po rumuńsku i przysięgam, że można sobie połamać język.
Dla równowagi więc, zaczęłam "Marzenia i Tajemnice" Danuty W. i powiem, że ciekawie spojrzeć na życie i na historię z zupełnie innej perspektywy.
PS. No i wykrakałam...zrobiło się ponuro i jesiennie, i jak nic zacznie padać, bo przecież umyłam okna. Senkju, senkju, senkju i jeszcze ten cholerny mecz. Ja naprawdę nie należę do zrzędliwych osób i jak chce to niech idzie, proszę bardzo, ale skoro jesteśmy razem, to wydaje mi się, że dwie noce na tydzień w domu to jednak mało.
PS.2 Tak, z tym deszczem i wiatrem to oczywiście moja wina, mogłam go nie zabijać ale trudno, nie życzę sobie żyć pod jednym dachem z pająkami. I o ile te, które grzecznie siedzą w kącie i zjadają muchy, mogę znieść, to nie będę tolerowała dowolnego przemieszczania się pajęczaków po domu. KONIEC i kropka.
Zupa wyszła bardzo dobra, dziękuję Apple za podpowiedź.
A u mnie wciąż 20 stopni, ha ha ha!
Szlifuję tryb warunkowy po rumuńsku i przysięgam, że można sobie połamać język.
Dla równowagi więc, zaczęłam "Marzenia i Tajemnice" Danuty W. i powiem, że ciekawie spojrzeć na życie i na historię z zupełnie innej perspektywy.
PS. No i wykrakałam...zrobiło się ponuro i jesiennie, i jak nic zacznie padać, bo przecież umyłam okna. Senkju, senkju, senkju i jeszcze ten cholerny mecz. Ja naprawdę nie należę do zrzędliwych osób i jak chce to niech idzie, proszę bardzo, ale skoro jesteśmy razem, to wydaje mi się, że dwie noce na tydzień w domu to jednak mało.
PS.2 Tak, z tym deszczem i wiatrem to oczywiście moja wina, mogłam go nie zabijać ale trudno, nie życzę sobie żyć pod jednym dachem z pająkami. I o ile te, które grzecznie siedzą w kącie i zjadają muchy, mogę znieść, to nie będę tolerowała dowolnego przemieszczania się pajęczaków po domu. KONIEC i kropka.
poniedziałek, 4 listopada 2013
11/04/2013
Czwarty listopada, a ja pomykam do pracy w balerinach bez skarpetek. Kawa na tarasie? Proszę bardzo. Zapomniałam dziś płaszcza, ale po co komu płaszcz, jak są dwadzieścia trzy stopnie, kto mi zazdrości?
Kulinarnie, zupa z dyni i papryka faszerowana po rumuńsku, czyli ardei umpluti. Dynię mam, teraz szukam sprawdzonego i łatwego przepisu, nie obrażę się jeśli ktoś mi coś podrzuci.
Kulinarnie, zupa z dyni i papryka faszerowana po rumuńsku, czyli ardei umpluti. Dynię mam, teraz szukam sprawdzonego i łatwego przepisu, nie obrażę się jeśli ktoś mi coś podrzuci.
piątek, 1 listopada 2013
11/01/2013
Miałam wczoraj skończyć książkę, a zamiast czytać, zasnęłam o dziesiątej z kieliszkiem wina na kanapie. Wykończyło mnie to Halloween w przedszkolu. Najpierw Sandra płakała, potem skakała, a potem już miała wszystkiego dosyć i wróciłyśmy wcześniej do domu. A mi na tej kanapie przyśnił się bardzo fajny sen, z Frankiem, który mnie obejmował i mówił że wszystko będzie dobrze i że przejdziemy na drugą stronę wody, a woda była piękna, turkusowa i krystalicznie czysta, tylko jakaś stara baba rzucała we mnie muszelkami, które były całkiem ładne, ale nie wiem czemu dla mnie obrzydliwe, całe szczęście Franek je ze mnie cierpliwie zdejmował. A wszystko co było złe, niepewne i niejasne zostało za nami w obcym samochodzie. To tyle w kwestii Halloween.
czwartek, 31 października 2013
10/31/2013
Kończę czytać o życiu na japońskiej prowincji (Życie jak w Tochigi, Anny Ikeda) i naprawdę cieszę się, że zakochałam się w Rumunie, a nie w Japończyku, bo nie wiem czy dałabym radę zmagać się z aż tak inną codziennością, że o języku, nawet nie wspomnę. Szacunek dla autorki.
W Rumunii, jak już pisałam rok temu i dwa lata i trzy chyba też, nie obchodzi się, ani Wszystkich Świętych, ani Zaduszek, ani Halloween, owszem są imprezy, jak u nas w przedszkolu na przykład (do której wcale nie jestem przekonana, ale zabawa dla dzieci jest zabawą więc idziemy), ale nie na masową skalę.
Śniło mi się dziś, że książę Harry był moim młodszym bratem i bez pardonu wyciągał kasę od mojej mamy, podczas gdy ja, próbowałam robić wszystko, żeby tego nie robić. I zastanawiałam się skąd u moich rodziców takie rude dziecko, ale zaraz potem zadzwonił budzik o szóstej rano i zawiozłam Franka na lotnisko.
W Rumunii, jak już pisałam rok temu i dwa lata i trzy chyba też, nie obchodzi się, ani Wszystkich Świętych, ani Zaduszek, ani Halloween, owszem są imprezy, jak u nas w przedszkolu na przykład (do której wcale nie jestem przekonana, ale zabawa dla dzieci jest zabawą więc idziemy), ale nie na masową skalę.
Potwornie szybko mi minął ten październik, a w Makro już Boże Narodzenie, trochę mnie to dołuje.
wtorek, 22 października 2013
10/22/2013
W Dublinie padało tylko w piątek co i tak nie miało znaczenia, bo od rana do wieczora zajmowały mnie służbowe obowiązki. Poza tym wywołałam sensację w tramwaju, gdyż ustąpiłam miejsca staruszkowi. Gapiło się na mnie co najmniej czternaście par oczu, wyrażając na przemian zdziwienie i litość, a niektórzy dyskretnie pukali się w czoło. Przykre to, ale tramwaje za to bardzo przyjemne. Na ulicach w centrum miasta pełno pijanych małolat z cellulitem na wierzchu, trudno mi powiedzieć czy ładniejszych od tych z Glasgow, na pewno młodszych. W sobotę za to pojechaliśmy w siną dal na zachód, gdzie owce, góry, klify, jeziora i whiskey scalały się w jedno. Przepięknie. Szczególnie urzekła mnie historia pałacu Kylemore, który teraz zajmują siostry zakonne, ale wybudował go Mitchell Henry w prezencie dla swojej pięknej żony Margaret. Pani Henry zmarła niestety przedwcześnie prawdopodobnie na tyfus, którym zaraziła się podczas podróży do Egiptu, pozostawiając po sobie dziewięcioro dzieci i zrozpaczonego męża. Henry pochował żonę nad jeziorem niedaleko pałacu i sam też tam spoczywa. Wyobrażacie sobie, jakie mieli życie, skoro budowali zamki po środku niczego, a w 1875 roku jeździli w grudniu na wakacje do Egiptu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)