poniedziałek, 11 listopada 2013

11/11/2013

Wkurzam się, ale jak mam się nie wkurzać, skoro Sandra znowu jechała samochodem z dziadkami bez pasów. Oni twierdzą, że ja przesadzam zapinając trzylatkę w foteliku, bo na rękach u babci z tyłu jest wystarczająco bezpiecznie, a ja uważam, że im brakuje wyobraźni, bo nie używają pasów w ogóle, ale za to martwią się, kto pierwszy zachoruje na raka. Poprosiłam Franka, żeby z nimi porozmawiał (znowu), bo już nie mam siły i jeśli ja (znowu) zacznę temat, to zrobi się z tego rodzinna afera.

"Sto lat z okazji Dnia Niepodległości!" - tak mi powiedziała koleżanka, jak obwieściłam wszem i wobec, że dziś w Polsce obchodzimy Dzień Niepodległości. Zaskoczyło mnie to i zastanowiło, bo my Polacy nie składamy sobie życzeń z takich okazji, nikt nikomu nie powie: Happy Independence Day, tylko wygłasza rzewne przemowy i organizuje marsze. Może Amerykanie przesadzają, ale czy nie byłoby milej gdyby była jedna wspólna parada, festiwal radości i fajerwerki? Pewnie byłoby, ale to nie polskie, polskie są krew i łzy.

piątek, 8 listopada 2013

11/08/2013

Wczoraj Franek zapomniał, że mamy gości. Przez chwilę chciałam go zabić, ale on wcale nie zapomniał MI powiedzieć, tylko zapomniał w ogóle, więc został ułaskawiony. A mnie uratowała zupa dyniowa i prawie gotowy sos do spaghetti, wyszło pysznie.

Mama Franka za to się martwi, zawsze i wszystkim, jak nie dzieje się nic szczególnego, to tym też się martwi. A najbardziej boi się raka (chociaż na jej miejscu, bałabym się nadciśnienia albo udaru mózgu) i wokół siebie wynajduje coraz to nowe przypadki choroby nowotworowej, domyślam się że to i tak sprowadza się do lęku przed śmiercią. Doprowadza mnie to do szału, ale nie tylko to, bo każdy problem, każda duperela jest wyolbrzymiona do rozmiarów Kilimandżaro i zamiast cieszyć się tym co ma, siedzi i się martwi. Mam nadzieję, że mama Franka nigdy nie zachoruje na nic naprawdę poważnego, bo wtedy będziemy mieć wszyscy przesrane.

To tak w ramach przemyśleń piątkowych i że life is beautiful.

środa, 6 listopada 2013

11/06/2013

Wiecie, że dynię można dodawać do wszystkiego, nawet do dżemów w ramach wypełniacza? W sumie dynia lepsza niż tworzywo sztuczne, więc czemu nie.
Zupa wyszła bardzo dobra, dziękuję Apple za podpowiedź.

A u mnie wciąż 20 stopni, ha ha ha!

Szlifuję tryb warunkowy po rumuńsku i przysięgam, że można sobie połamać język.

Dla równowagi więc, zaczęłam "Marzenia i Tajemnice" Danuty W. i powiem, że ciekawie spojrzeć na życie i na historię z zupełnie innej perspektywy.

PS. No i wykrakałam...zrobiło się ponuro i jesiennie, i jak nic zacznie padać, bo przecież umyłam okna. Senkju, senkju, senkju i jeszcze ten cholerny mecz. Ja naprawdę nie należę do zrzędliwych osób i jak chce to niech idzie, proszę bardzo, ale skoro jesteśmy razem, to wydaje mi się, że dwie noce na tydzień w domu to jednak mało.

PS.2 Tak, z tym deszczem i wiatrem to oczywiście moja wina, mogłam go nie zabijać ale trudno, nie życzę sobie żyć pod jednym dachem z pająkami. I o ile te, które grzecznie siedzą w kącie i zjadają muchy, mogę znieść, to nie będę tolerowała dowolnego przemieszczania się pajęczaków po domu. KONIEC i kropka.

poniedziałek, 4 listopada 2013

11/04/2013

Czwarty listopada, a ja pomykam do pracy w balerinach bez skarpetek. Kawa na tarasie? Proszę bardzo. Zapomniałam dziś płaszcza, ale po co komu płaszcz, jak są dwadzieścia trzy stopnie, kto mi zazdrości?

Kulinarnie, zupa z dyni i papryka faszerowana po rumuńsku, czyli ardei umpluti. Dynię mam, teraz szukam sprawdzonego i łatwego przepisu, nie obrażę się jeśli ktoś mi coś podrzuci.

piątek, 1 listopada 2013

11/01/2013

Miałam wczoraj skończyć książkę, a zamiast czytać, zasnęłam o dziesiątej z kieliszkiem wina na kanapie. Wykończyło mnie to Halloween w przedszkolu. Najpierw Sandra płakała, potem skakała, a potem już miała wszystkiego dosyć i wróciłyśmy wcześniej do domu. A mi na tej kanapie przyśnił się bardzo fajny sen, z Frankiem, który mnie obejmował i mówił że wszystko będzie dobrze i że przejdziemy na drugą stronę wody, a woda była piękna, turkusowa i krystalicznie czysta, tylko jakaś stara baba rzucała we mnie muszelkami, które były całkiem ładne, ale nie wiem czemu dla mnie obrzydliwe, całe szczęście Franek je ze mnie cierpliwie zdejmował. A wszystko co było złe, niepewne i niejasne zostało za nami w obcym samochodzie. To tyle w kwestii Halloween.

czwartek, 31 października 2013

10/31/2013

Kończę czytać o życiu na japońskiej prowincji (Życie jak w Tochigi, Anny Ikeda) i naprawdę cieszę się, że zakochałam się w Rumunie, a nie w Japończyku, bo nie wiem czy dałabym radę zmagać się z aż tak inną codziennością, że o języku, nawet nie wspomnę. Szacunek dla autorki.

Śniło mi się dziś, że książę Harry był moim młodszym bratem i bez pardonu wyciągał kasę od mojej mamy, podczas gdy ja, próbowałam robić wszystko, żeby tego nie robić. I zastanawiałam się skąd u moich rodziców takie rude dziecko, ale zaraz potem zadzwonił budzik o szóstej rano i zawiozłam Franka na lotnisko. 

W Rumunii, jak już pisałam rok temu i dwa lata i trzy chyba też, nie obchodzi się, ani Wszystkich Świętych, ani Zaduszek, ani Halloween, owszem są imprezy, jak u nas w przedszkolu na przykład (do której wcale nie jestem przekonana, ale zabawa dla dzieci jest zabawą więc idziemy), ale nie na masową skalę.

Potwornie szybko mi minął ten październik, a w Makro już Boże Narodzenie, trochę mnie to dołuje.

wtorek, 22 października 2013

10/22/2013

W Dublinie padało tylko w piątek co i tak nie miało znaczenia, bo od rana do wieczora zajmowały mnie służbowe obowiązki. Poza tym wywołałam sensację w tramwaju, gdyż ustąpiłam miejsca staruszkowi. Gapiło się na mnie co najmniej czternaście par oczu, wyrażając na przemian zdziwienie i litość, a niektórzy dyskretnie pukali się w czoło. Przykre to, ale tramwaje za to bardzo przyjemne. Na ulicach w centrum miasta pełno pijanych małolat z cellulitem na wierzchu, trudno mi powiedzieć czy ładniejszych od tych z Glasgow, na pewno młodszych. W sobotę za to pojechaliśmy w siną dal na zachód, gdzie owce, góry, klify, jeziora i whiskey scalały się w jedno. Przepięknie. Szczególnie urzekła mnie historia pałacu Kylemore, który teraz zajmują siostry zakonne, ale wybudował go Mitchell Henry w prezencie dla swojej pięknej żony Margaret. Pani Henry zmarła niestety przedwcześnie prawdopodobnie na tyfus, którym zaraziła się podczas podróży do Egiptu, pozostawiając po sobie dziewięcioro dzieci i zrozpaczonego męża. Henry pochował żonę nad jeziorem niedaleko pałacu i sam też tam spoczywa. Wyobrażacie sobie, jakie mieli życie, skoro budowali zamki po środku niczego, a w 1875 roku jeździli w grudniu na wakacje do Egiptu?