wtorek, 20 grudnia 2011

12/20/2011

Nasz nowy, obronny pies na razie sika z radości na widok każdego, kto chce się z nim bawić. Podobno z tego wyrośnie. Miałam się nim nie zajmować, ale nie potrafię. No i tak to właśnie jest... chodzę za nim i pilnuję, żeby się nie utopił w basenie.
Za oknem ślicznie, jakby ktoś wywiesił brudną szmatę.
Moja mama lepi pierogi, bo obiecała, że przywiezie, a ja się zastanawiam, kiedy mam kupić schab, żeby był dobry na poniedziałek.
Mamy choinkę, jak z bajki. Wszystko na niej jest oprócz włosów anielskich, których serdecznie nie znoszę.
Kupiłam kartki, bo bardzo chciałam wysłaś tradycyjne życzenia i oczywiście o nich zapomniałam, teraz to bez sensu i tak nie dojdą. Idę więc wystukać zyczenia w mailach.
A Sandra uwielbia polskie kolędy.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

12/19/2011

Życzyłam sobie wiatru, to przyszedł. Razem ze zmianą pogody wobec czego, głowa bolała mnie tak, że rozważałam udydolenie jej przy kołnieżyku i zamianę na jakąś inną, niebolącą. Ale i to przeszło.
W sobotę Franek oznajmił mi, że ma dla mnie niespodziankę. Super, lubię niespodzianki. W myślach już szykowałam się na jakieś ekscytujące przyjęcie świąteczne ewentualnie koncert. W między czasie kupiliśmy choinkę, a ponieważ mój samochód jest dłuższy jechała ze mną, a ja się modliłam, żebym tylko nie musiała zmieniać pasa na prawy, bo nic nie widziałam, ani w tylnej szybie, ani w bocznym lusterku. Dojechałyśmy obie całe, ale zamiast ruchów w stronę wieczornego wyjścia, Franek ruszył z siekierą w stronę choinki i zaczął ją oprawiać. Co to za niespodzianką, myślę sobie. Mniej więcej godzinę później zadzwonił do Franka tajemniczy ktoś, pytając o drogę. W końcu Franek zamknął się w garażu i tam czekał. Coś mnie tknęło, jak pies zaczął wariować, nigdy dotąd tak nie reagował na ludzi... jakby czuł innego psa. PSA? O ja pierdolę, tak pomyślałam. Wparowałam do garażu, a tam... trzymiesięczny owczarek niemiecki. Opierałam się, ale krótko, bo mam za miękkie serce. Nazwaliśmy go Hektor i będzie mieszkał na dworze, bo ma pilnować nas i domu. A na razie, boję się, żeby jego nikt nie ukradł.

czwartek, 15 grudnia 2011

12/15/2011

Mgła ciągle z nami. Trudno powiedzieć, jak jest, bo nic nie widać. Jeszcze kilka dni i zacznę szukać w internecie dmuchawy, która rozgoni to gówno.

środa, 14 grudnia 2011

12/14/2011

Mgła dzień trzeci.
Zaczynam wątpić w istnienie słońca. Na wszystko opada mokre coś. Podobno wilgoć jest dobra na cerę, ale nawet ten argument nie przekona mnie dziś do wyjścia z domu. Co tu dużo mówić, jest paskudnie.

wtorek, 13 grudnia 2011

12/13/2011

Za oknem biało. Nie, nie mamy śniegu, mamy mgłę. I to taką, że nie wiem czy trafię do furtki. Zaopatrzyłam Sandrę w nowy fotelik do samochodu, pomarańczowy kombinezon i buty na śnieg. Możemy jechać w góry. Co prawda rezerwację mamy dopiero na Sylwestra, ale przezorny zawsze przygotowany. A Emma od dwóch dni codziennie rano smaruje się bengajem, chyba też się szykuje w góry. Nienawidzę bengaja, próbuję zwalczyć go zapachem kawy, ale przegrywam. Może ktoś zna sposób na zabicie bengaja?

poniedziałek, 12 grudnia 2011

12/12/2011

Idą Święta.
Nawet nasza ulica na zadupiu została przystrojona lampkami, co prawda nie świecą, ale są. Na głównej dojazdowej świecą, ale za to jakiś mądrala powiesił księżyce w czapce do góry nogami. Grunt to fantazja.
Wczoraj ubraliśmy choinkę przed domem i postawiliśmy świecącego bałwana, z tej okazji Franek zaprosił całą swoją rodzinę w postaci rodziców i brata.
Za ogrodzeniem mamy świerki, zakładamy się o to, czy nam je wytną przed gwiazdką. Zakłady poszły też o to, czy spadnie śnieg. Moim zdaniem jest duże prawdopodobieństwo, że nie, ponieważ w tym roku kupiliśmy maszynę do odśnieżania.
A w przyszłym tygodniu przylatują moi rodzice, czekam, czekam niepcierplwie!

środa, 7 grudnia 2011

12/07/2011

To nie jest wcale tak, że nie piszę. Piszę, tylko w głowie. Raz nawet napisałam na komputerze, ale wszystkie literki szlag trafił. No i tak to jest, że jesteśmy w grudniu.

Garderoby, jak nie było, tak nie ma. Zasłony za to są już wszystkie.

W niedzielę wróciliśmy z Nowego Yorku. Franek jeździ tam od lat co roku, ale ja byłam po raz pierwszy. Betonowa dżungla jest niesamowita, miasto pełne świateł, żółtych taksówek, wyjących syren i najdroższych sklepów. Wszędzie pełno ludzi. Myślę, że mogłabym mieszkać na Manhattanie, musiałabym tylko nauczyć się gwizdać, bo bez tego nie da rady złapać taksówki. A zestarzeć mogłabym się w Napa Valley koło San Francisco, a co tam!

Średnio znoszę zmiany czasu, teraz jeszcze na dodatek cieknie mi z nosa i boję się, że zaraże Sandrę tym katarem, a wiadomo, że katar i prawie roczne dziecko, to nic dobrego. Jestem notorycznie niewyspana, a dzisiejsza noc to już w ogóle był jakiś koszmar. Najpierw nie mogłam spać, bo było mi na przemian gorąco i zimno, a potem pies zaczął rzygać. Oczywiście nie odrazu zorientowaliśmy się, że rzyga i jak to bywa w filmach, Franek w drodze do łazienki wdepnął w zwróconą psią kolację i zaczął wołać o pomoc. Wtedy pojawiłam się ja i omało nie puściłam pawia, a to był dopiero początek atrakcji, bo zaraz potem pies dostał sraczki. Cudnie! Mniej więcej o 6.30 wróciliśmy do łóżka. Po czym, chwilę później obudziła się Sandra. Koło ósmej przysnęłam w trakcie czytania gazety i to by było na tyle.

Jak byliśmy w Stanach Sandra została z Emmą u brata Franka. Wszystko było okej, tylko ojciec Franka trochę przesadza, przejawiając chęć komunikacji z Emmą za wszelką cenę. On nie mówi po angielsku, więc podczas niedzielnego obiadu pokazuje na mięso na talerzu odwraca się do Emmy i robi: Muuuuu albo Meeeee w zależności od tego, co mają na obiad. Sandra jest zachwycona, ale Emma chyba się go trochę boi.

W poniedziałek wystawiliśmy wypastowane buty na korytarz i czekaliśmy na Św. Mikołaja. Sandrze ze wszystkich prezentów najbardziej podobała się papierowa torebka. A ja dostałam uchwyt na torebkę, taki co się nosi ze sobą i w każdej knajpie można powiesić torebkę na stoliku. Jest cudny!