Ćwiartowanie ptactwa chyba będzie moim nowym hobby. Tym razem kaczka. A było to tak. Przyjechał znajomy pan i przywiózł nam wino domowej roboty (tutaj prawie wszyscy sami robią wino, wspaniali ludzie!), zakwas na barszcz (!?! że też ktoś pomyślał, że będę robić barszcz, ale okej niech będzie) i kaczkę. Podziękowałam, dygnęłam nóżką, ciężką torbę (to wino i barszcz - pomyślałam) postawiłam w kuchni i tyle. W końcu przypomniałam sobie o kaczce i pomyślałam, że to ładny noworoczny zwyczaj częstować kogoś kaczką i chętnie jej spróbuję... a tu guzik. To znaczy kaczka jest owszem, ale cała dorodna z płuckami w środku. O ja pierdolę... westchnęłam, bo naprawdę, dłubanie w ptakach tak średnio mi pasuje, jeszcze mam traumę po indyku. No ale co miałam robić, całej nie upiekę, bo boję się, że spieprzę, a szkoda by było, oddziabałam więc jak indykowi, skrzydła, nogi itd. i piekłam w kawałkach. Wytopiło mi się chyba półtora litra tłuszczu (z którym nie wiem co zrobić) a mięso pokroiłam i wrzuciałam do sosu z jabłkami. Wyszło super, ale jemy trzeci dzień, bo kaczka była wyjątkowo okazała. Franek powiedział, że on już wyczerpał limit jedzenia kaczki na cały 2012 rok...ja chyba też. A wczoraj Sandra sama wdrapała się po schodach na piętro. Na czworaka oczywiście. Asekurowałam ją i od samego patrzenia tak się spociłam, że chyba dostanę zawału, jak ona zacznie chodzić. A to dopiro pierwszy rok, muszę wrzucić na luz, bo się wykończę.
I tak to, a za oknem jakieś szare gówno. Gdzie jest wiosna, która tu była wczoraj?
piątek, 6 stycznia 2012
czwartek, 5 stycznia 2012
01/4/2012
No i jesteśmy w Nowym Roku. Szybko. Jak dlamnie to już mogłaby być wiosna. Wczoraj słońce i 10 stopni, aż chce się żyć. Dziś w nocy śniło mi się, że zgubiłam Sandrę na basenie i na dodatek na ruchomych schodach. Nie poleciałam do niej do pokoju tylko dlatego, że słyszałam jak sobie gada rano. Koszmar. A przede mną zamknięcie roku. Ostatnie na tym stanowisku, chyba zrobię je z pieśnią na ustach.
środa, 28 grudnia 2011
28/12/2011
Po czym poznać, że Święta w Rumunii są inne? Bo na pierwszy rzut oka, to są takie same, ale nikt nie stoi w kolejce po karpia. Przez chwilę więc czatowałyśmy z mamą przy stoisku z rybami w Carefourze, na kogoś kto kupi karpia, bo wtedy wiadomo by było, że to Polak. Czekałyśmy jakieś 8 minut, a potem nam się znudziło. U nas też nie było karpia, bo wigilia była u brata Franka. Rodzice przywieźli opłatek i wyobraźcie sobie, że wszyscy podchwycili życzenia i było naprawdę miło. Sandra ledwo wytrzymała do prezentów, potem usnęła i taka to była jej pierwsza wigilia. W poniedziałek była nasza kolej przyjmowania gości, pierogi nikomu nie przypadły do gustu, za to barszczykiem z uszkami się zajadali, ale i tak na pierwszym miejscu była karpatka. Ehhh gdyby tylko wiedzieli, że krem był z proszku, a barszczyk z butelki. Co tam, chętnie sama zajmę się tymi pierogami. Rodzice pojechali wczoraj, a dziś pakowanie w góry i już mi trochę słabo na myśl ile czego mam zabrać. Nie wiem, naprawdę nie wiem jak my się zabierzemy. Gdyby nie udało mi się już tu zajrzeć przed Nowym Rokiem, to teraz wysyłam w kosmos najlepsze życzenia.
wtorek, 20 grudnia 2011
12/20/2011
Nasz nowy, obronny pies na razie sika z radości na widok każdego, kto chce się z nim bawić. Podobno z tego wyrośnie. Miałam się nim nie zajmować, ale nie potrafię. No i tak to właśnie jest... chodzę za nim i pilnuję, żeby się nie utopił w basenie.
Za oknem ślicznie, jakby ktoś wywiesił brudną szmatę.
Moja mama lepi pierogi, bo obiecała, że przywiezie, a ja się zastanawiam, kiedy mam kupić schab, żeby był dobry na poniedziałek.
Mamy choinkę, jak z bajki. Wszystko na niej jest oprócz włosów anielskich, których serdecznie nie znoszę.
Kupiłam kartki, bo bardzo chciałam wysłaś tradycyjne życzenia i oczywiście o nich zapomniałam, teraz to bez sensu i tak nie dojdą. Idę więc wystukać zyczenia w mailach.
A Sandra uwielbia polskie kolędy.
Za oknem ślicznie, jakby ktoś wywiesił brudną szmatę.
Moja mama lepi pierogi, bo obiecała, że przywiezie, a ja się zastanawiam, kiedy mam kupić schab, żeby był dobry na poniedziałek.
Mamy choinkę, jak z bajki. Wszystko na niej jest oprócz włosów anielskich, których serdecznie nie znoszę.
Kupiłam kartki, bo bardzo chciałam wysłaś tradycyjne życzenia i oczywiście o nich zapomniałam, teraz to bez sensu i tak nie dojdą. Idę więc wystukać zyczenia w mailach.
A Sandra uwielbia polskie kolędy.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
12/19/2011
Życzyłam sobie wiatru, to przyszedł. Razem ze zmianą pogody wobec czego, głowa bolała mnie tak, że rozważałam udydolenie jej przy kołnieżyku i zamianę na jakąś inną, niebolącą. Ale i to przeszło.
W sobotę Franek oznajmił mi, że ma dla mnie niespodziankę. Super, lubię niespodzianki. W myślach już szykowałam się na jakieś ekscytujące przyjęcie świąteczne ewentualnie koncert. W między czasie kupiliśmy choinkę, a ponieważ mój samochód jest dłuższy jechała ze mną, a ja się modliłam, żebym tylko nie musiała zmieniać pasa na prawy, bo nic nie widziałam, ani w tylnej szybie, ani w bocznym lusterku. Dojechałyśmy obie całe, ale zamiast ruchów w stronę wieczornego wyjścia, Franek ruszył z siekierą w stronę choinki i zaczął ją oprawiać. Co to za niespodzianką, myślę sobie. Mniej więcej godzinę później zadzwonił do Franka tajemniczy ktoś, pytając o drogę. W końcu Franek zamknął się w garażu i tam czekał. Coś mnie tknęło, jak pies zaczął wariować, nigdy dotąd tak nie reagował na ludzi... jakby czuł innego psa. PSA? O ja pierdolę, tak pomyślałam. Wparowałam do garażu, a tam... trzymiesięczny owczarek niemiecki. Opierałam się, ale krótko, bo mam za miękkie serce. Nazwaliśmy go Hektor i będzie mieszkał na dworze, bo ma pilnować nas i domu. A na razie, boję się, żeby jego nikt nie ukradł.
W sobotę Franek oznajmił mi, że ma dla mnie niespodziankę. Super, lubię niespodzianki. W myślach już szykowałam się na jakieś ekscytujące przyjęcie świąteczne ewentualnie koncert. W między czasie kupiliśmy choinkę, a ponieważ mój samochód jest dłuższy jechała ze mną, a ja się modliłam, żebym tylko nie musiała zmieniać pasa na prawy, bo nic nie widziałam, ani w tylnej szybie, ani w bocznym lusterku. Dojechałyśmy obie całe, ale zamiast ruchów w stronę wieczornego wyjścia, Franek ruszył z siekierą w stronę choinki i zaczął ją oprawiać. Co to za niespodzianką, myślę sobie. Mniej więcej godzinę później zadzwonił do Franka tajemniczy ktoś, pytając o drogę. W końcu Franek zamknął się w garażu i tam czekał. Coś mnie tknęło, jak pies zaczął wariować, nigdy dotąd tak nie reagował na ludzi... jakby czuł innego psa. PSA? O ja pierdolę, tak pomyślałam. Wparowałam do garażu, a tam... trzymiesięczny owczarek niemiecki. Opierałam się, ale krótko, bo mam za miękkie serce. Nazwaliśmy go Hektor i będzie mieszkał na dworze, bo ma pilnować nas i domu. A na razie, boję się, żeby jego nikt nie ukradł.
czwartek, 15 grudnia 2011
12/15/2011
Mgła ciągle z nami. Trudno powiedzieć, jak jest, bo nic nie widać. Jeszcze kilka dni i zacznę szukać w internecie dmuchawy, która rozgoni to gówno.
środa, 14 grudnia 2011
12/14/2011
Mgła dzień trzeci.
Zaczynam wątpić w istnienie słońca. Na wszystko opada mokre coś. Podobno wilgoć jest dobra na cerę, ale nawet ten argument nie przekona mnie dziś do wyjścia z domu. Co tu dużo mówić, jest paskudnie.
Zaczynam wątpić w istnienie słońca. Na wszystko opada mokre coś. Podobno wilgoć jest dobra na cerę, ale nawet ten argument nie przekona mnie dziś do wyjścia z domu. Co tu dużo mówić, jest paskudnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)